NAJDŁUŻSZY EGZAMIN NOWOCZESNEJ EUROPY

[disclaimer: notka będzie długa, ale nie chce mi się jej dzielić na mniejsze; sofciarze jak nie chcą to niech nie czytają :) Ja w sumie też jestem sofciarz, bo nie znajduję w sobie siły co by przejrzeć ów tekst w poszukiwaniu literówek i błędów stylistycznych :) Wrzucam taki, jakim mi się napisał.]

Podstawy zarządzania przedsiębiorstwem to było coś! Wykłady miał z nami pewien profesorek z Warszawy, uzbrojony we wszystkie zdobycze nowoczesnej techniki: laptopa, rzutnik i inne takie szmery bajery. Wykłady mieliśmy na sali kinowej więc było dość przytulnie, a na ekranie wyświetlały się pasjonujące wykresy, modele danych, analizy SWOT i inne takie. Ja wtedy jeżdziłem na wszystkie wykłady, ćwiczenia i w ogóle. Był pierwszy semestr więc jakoś tam wygrzebałem w sobie chęć do przebywania w dusznych salach od godziny ósmej rano, do godziny dwudziestej pierwszej. Nie wiem skąd mi się to wzięło :) W każdym bądź razie kres pzp przyszedł w połowie semestru. Facet podał nam swój adres mailowy i kazał przysyłać na niego prace zaliczeniowe. Każda najmniej trzydzieści stron z czego połowa to skomplikowane wykresy. Zapowiadało się ciekawie, ale wszelkie przypuszczenia to i tak było mało w stosunku do tego co działo się później.

W tym miejscu muszę posypać głowę popiołem, bo z perspektywy czasu wychodzi na to, że wystarczyło się sprężyć, napisać tą pracę i ją wysłać, a nie czekać na ostatni moment. Wszyscy czekali właśnie na koniec z oddaniem pracy, a ci, którzy się przemogli mieli potem święty spokój. Bo do profesora można było zadzwonić, on mówił co w pracy jest nie tak, wtedy się to poprawiało, wysyłało jeszcze raz i tak stopniowo otrzymywało pozytywną ocenę. Potem dodzwonić się do profesora nie było możliwe, a i wysłanie maila graniczyło z cudem. Podejrzewam, że miał taki telefon co to jak się do niego dzwoniło, to za każdą minutę rozmowy na jego koncie pojawiało się dziesięć nowych groszy. Złoty interes. No, ale ja czekałem do końca w efekcie czego wysłałem pracę w ostatniej chwili spędzając dzień wcześniej około dwunastu godzin na jej napisanie. Z pozytywów – dowiedziałem się, że w Wordzie można całkiem ładnie rysować.

Przyspieszmy teraz historię, aby dotrzeć do tytułowego sedna. W skrócie więc tylko, co działo się między ostatecznym terminem oddania prac, a terminem egzaminu, a konkretnie jego drugiej poprawki, do której dotarło jakoś tak 70% roku, czyli suma spora biorąc pod uwagę, że feralny egzamin tamtego dnia miały zarówno studia magisterskie jak i licencjackie. No, ale zanim znajdziemy się w dusznym budynku Domu Kultury Kopalni Wujek jeszcze chwilka. Do tego momentu bowiem i tak działy się dantejskie sceny. Ludzie jeździli do profesora do Warszawy, bo mailem nie dało się już nic wysłać. A wysyłać trzeba było, wszak to był juz drugi termin – na pierwszym pozytywną ocenę dostało jakieś trzydzieści osób, czyli jedna grupa. Z trzynastu wtedy utworzonych. Wszyscy kombinowali jak mogli. Profesor zachęcał do wysyłania prac Pocztexem, założył sobie kolejne darmowe (sic!) konto żeby maile też jakoś dochodziły, ogólnie urwanie głowy było wielkie. I tylko Quentin się nie przejmował, ufając, że wszystko załatwi na spokojnie na drugiej poprawce. A gdy nadszedł czas drugiej poprawki…

Przyjechałem do wspomnianego wyżej Domu Kultury około godziny trzynastej, a w środku przywitał mnie dziki tłum młodzieży. Wszyscy ci ze studiów magisterskich i licencjackich, którzy tak jak i ja dotarli po bojach, czy też i bez walki do tego momentu. Nie było nawet gdzie szpilki wcisnąć. Profesor podobno już był, a na sali siedzieli ci przedstawiciele pierwszej grupy, którzy mieli poprawiać prace. Nie było źle. Ja byłem w grupie trzeciej. Znalazłem znajomych i czekaliśmy sobie w knajpce mieszczącej się w sali obok, popijając piwo. Po dwóch godzinach wylazła pierwsza grupa i zdała relację z tego co dzieje się w środku. Nie było źle – wszyscy zaliczyli, a zaliczenie polegało na tym, że podchodziło się do profa z pracą, on kreślił co jest źle, wracało się do ławki, poprawiało, zanosiło do profa, on kreślił… niektózy podchodzili po sześć razy, ale wszyscy zdali. Tymaczasem na korytarzu zaczął się robić szum. Licencjat zaczął się burzyć, że są dyskryminowani. Wobec protestów podjęta została następująca decyzja: do sali z profesorem i jego nieodłącznym laptopem będą wchodziły na przemian licencjat i magisterka, a do tego od najwyższej grupy w dół. No pięknie. Teraz bycie w grupie trzeciej oznaczało czekanie do końca.

Machnęliśmy ręką, wszak było zabawnie w knajpce, i zaczęliśmy na oko szacować jak długo przyjdzie nam tu siedzieć. A na oko to wiadomo – chłop w szpitalu umarł. W każdym bądź razie wyszło nam na to, że gdzieś koło dziewiętnastej, czyli sześć godzin po rozpoczęciu egzaminu, powinna przyjść i na nas kolej. Chyba nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę z tego jak dziwne to były nadzieje, zważywszy na czekający na poprawkę tłum.

Około pierwszej w nocy przyszedł pan strażnik i powiedział, że Dom Kultury zaraz będzie zamknięty więc proszę się wynosić. Tłumy jakby były mniejsze, ale wciąż masa ludzi czekała na stanięcie przed obliczem profesora. Coś trzeba było wymyśleć. Decyzja została podjęta szybko – przenosimy się do szkoły. Budynek szkoły był całkiem niedaleko więc wystarczył mały spacerek i już byliśmy na miejscu. Profesor zajął miejsce w sali i rytuał został kontynuowany. Pojedyncze grupy wchodziły do środka, a my czekaliśmy na korytarzu. Około drugiej w nocy zadzwonił mój śp. telefon:

– Tak? – Zapytałem widząc, że ktoś dzwoni z domu.
– No gdzie ty jesteś? – Zapytała Cruella.
– Na egzaminie. – Odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
– CO TY MI TU ZA BREDNIE OPOWIADASZ?? JAKI EGZAMIN?!?! JEST DRUGA W NOCY!!
– No rany boskie, w szkole jestem na egzaminie.
– Gdzie się włóczysz! Samochodem jesteś! Jak będziesz taki pijany do domu wracał??
– Nie jestem pijany, nigdzie się nie włóczę, wiem, że jest druga, ale JESTEM NA EGZAMINIE!!!

Pogadaliśmy jeszcze chwilę i chyba uwierzyła.

Nie bardzo pamiętam co robiłem między drugą, a piątą. Siedzieliśmy na fotelach stojących przy ścianach korytarza, gadaliśmy o pierdołach sennym głosem – generalnie wyglądaliśmy jak zombie. Trochę w karty pograliśmy siedząc na podłodze korytarza, takie tam. Emocji też trochę było, bo około trzeciej nad ranem gruchnęła wieść, że szkołę też zamykają i nie będziemy się mieli gdzie podziać. Podobno mieliśmy jechać na Załęże, do hotelu, w którym zatrzymał się prof. No, ale ostatecznie nas nie wyrzucono, a ja w końcu parę minut po czwartej rano stanąłem przed obliczem profesora. Pokazałem mu poprawki, a on pokreślił mi model danych i zawołał następnego. Po piętnastu godzinach czekania, stałem przed obliczem profesora jakieś piętnaście sekund i to właściwie było wszystko, bo profesor wstał i zapowiedział, że ciąg dalszy egzaminu będzie od godziny dziesiątej, tego samego już dnia. Wsiadłem w samochód, o szóstej rano byłem w domu, przespałem się dwie godziny, wróciłem na dziesiątą do Kacowic. Przynajmniej dzień był ładny.

Nie zostało nas już tak dużo do ocenienia i nawet pomieściliśmy się w jednej sali wszyscy razem, ale i tak wszystko wlokło się strasznie powoli. Profesor w swoim stylu był arogancki, narzekał na nas, robił nam różne uwagi – ogólnie robiliśmy mu straszny kłopot, no jak mogliśmy! Koło godziny szesnastej na salę wpadł dziekan. „Co to kurka wodna ma znaczyć??? Panie profesorze, proszę za mną!!” powiedział i wyszedł z profem na zewnątrz. Wszyscy zaczęliśmy zacierać ręce, że przyszła wreszcie kryska na chama. Po chwili dziekan wrócił i walnął przemówienie. Że pan profesor nam łaskę robi, że to wszystko tylko dla nas, że to, że tamto. Ogólnie, że profesor jest cool gość. Mimo to studenci zaoczni nie mają prawa mieć żadnych zajęć w dni powszednie więc proszę się porozumieć z profesorem na jakiś inny termin, w którym przeprowadzona będzie poprawka. Podziękował i poszedł. Jeden z tego był tylko pożytek. Profesor zrobił się milszy i już szybciutko wskazał pozostałej reszcie co i jak ma poprawić i kazał do siebie zadzwonić co by się dowiedzieć kiedy będzie można uzyskać wpis. Około siedemnastej, dwadzieścia dziewięć godzin po rozpoczęciu, egzamin się skończył.

Nie skończyły się jednak przygody z zaliczeniem przedmiotu. Fakt, faktem wszystko skończyło się pozytywnie i chyba nikogo nie oblał (poza tymi co sami odpuścili), ale trzeba się było jeszcze namęczyć. Mnie samego czekało jeszcze kilka rozmów oko w oko z profem zakończonych tym, że dowiedziałem się, że nie mam pojęcia o robieniu modeli danych (szczegół, że przyniosłem mu model, który komuś tam wcześniej ocenił pozytywnie; zresztą w końcowej fazie egzaminu, wytykał studentom błędy w modelach przepisanych z jego własnej książki) no i że ręce opadają. O całej mojej przyszłości na uczelni miał zadecydować minimodel opisujący zależności między mną, biblioteką, książką i jej autorem. Mimo nerwów udało się, ale i tak dostałem wpis jako jeden z ostatnich. Na szczęście radość z tego faktu była większa od nerwów jakie kosztowały mnie przez ostatnie dwa miesiące podstawy zarządzania przedsiębiorstwem.

Sprawa z owym egzaminem trwającym do piątej rano (kontynuację o dziesiątej uznano chyba za normalną, bo nikt nic na ten temat nie pisał) była dość głośna. Jakiś oburzony rodzic zadzwonił do Dziennika Zachodniego bodajże, który zbadał całą sprawę i napisał nieszkodliwy w sumie dla nikogo artykulik, w którym profesor stwierdził, że to nieprawda co do godziny, o której egzamin się skończył, bo skończył się dużo wcześniej. Żadnych konsekwencji nie było innych. No poza jedną – profesor do dnia dzisiejszego dojeżdża z Warszawy do Katowic pociągiem, bo nieznani sprawcy mu wklepali maskę samochodu na przyszkolnym parkingu. Kłopoty z pzp są dalej, ale już nigdy więcej żaden egzamin nie trwał więcej niż plus minu dwadzieścia dziewięć godzin z małą przerwą w środku.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl