„MULHOLLAND DRIVE” [„MULHOLLAND DR.”]

Co ten internet robi z człowiekiem! Leżał sobie „Mulholland Drive” w spokoju na półeczce już ze dwa lata niepokojony przeze mnie i pewnie przeleżałby jeszcze parę latek, bo dziwnym trafem byłem do niego usposobiony wrogo, a tu mi Żurawinka (pozdrawiam!) powiedziała: „Q, obejrzyj MD, bo jestem ciekawa Twojego zdania” i co? No wrażliwy jestem na niewieście prośby (daj Boże żeby teraz się nie zaczęło! :) ) więc jeszcze trochę się wzbraniałem aż w końcu dałem za wygraną i rozpocząłem seans, nieświadomym będąc, że to aż dwie i pół godziny filmu mnie czeka. No, ale co Wam powiem, to Wam powiem, ale Wam powiem. Podobało mi się! Git film. I właściwie kto nie widział, niech tu skończy czytanie, ewentualnie po następnym akapicie, gdzie parę słów o fabule, bo potem to już będą spoilery (dla tych co nie wiedzą o co chodzi tłumaczę – spoilery to informacje o filmie, które na pewno popsują zabawę tym co go nie widzieli, bo zawierają informacje istotne dla fabuły, najczęściej punkty zwrotne). Ach jak ja lubię te swoje przydługaśne wstępy :)

O co biega. Jedzie sobie limuzyną czarnowłosa panna, jest noc, a limuzyna właśnie wjeżdża na Mulholland Drive zatrzymując się w pewnym momencie. Czarnowłosa panna jest zaniepokojona, bo nie tu się mieli zatrzymać, a wrażenie to potęguje jeszcze bardziej fakt, że kierowca przystawia jej pistolet do głowy. No i pewnie by bidulkę zastrzelił, gdyby nie rozpędzony samochód, który uderza w limuzynę i powoduje efektowną kraksę z której nasza czarnowłosa panna wychodzi bez większego, na pierwszy rzut oka, szwanku. Nie czekając na dalszy rozwój wypadków, panna ucieka przed siebie usypiając w efekcie pod krzakiem pewnego domu, do którego przy pomocy szczęśliwego trafu przedziera się rankiem niezauważona. Tymczasem na lotnisku z terminalu wychodzi blondwłosa panienka (Jeeeziuuu, jaka ta Naomi Watts jest śliicznaaa), która przybywa do Hollywood zrobić karierę. Wkrótce los tych dwojga kobiet połączy się w jedną całość.

Pomyliłem się wyżej, w tym akapicie nie będzie jeszcze spoilerów :) Davida Lyncha (który to jest reżyserem tego filmu) lubię za jego wczesne dokonania. Lubię „Człowieka-słonia”, lubię „Blue Velvet”, lubię „Dzikość serca”. Nie lubię „Miasteczka Twin Peaks”, nienawidzę „Zagubionej autostrady” (próbowałem ją obejrzeć, ale za każdym razem odpadam po piętnastu minutach). Zauważywszy, że im starszy, tym głupsze filmy robi, do MD miałem stosunek niechętny. I w sumie jak już powiedziałem, pomyliłem się, bo co prawda zrobił film dokładnie w swoim „lynchowskim” stylu (pomijam w tych wszystkich rozważaniach historię faceta na kosiarce) który charakteryzował te filmy, których u niego nie lubię (od początku jego filmom towarzyszył ten sam styl, ale w starszych filmach nie miał wielkiego wpływu na fabułę, która nie była tak pokręcona jak świński ogon – wniosek z perspektywy czasu wyciągnięty, oraz jego kolejnych dokonań) ale tym razem jakoś to wszystko, łącznie z fabułą zegrało się do kupy i wyszedł w sumie bardzo dobry film. Pokręcony, a i owszem, ale moim zdaniem nie na tyle żeby mieć jakieś kłopoty z interpretacją. Choć nie przeczę, że bawiący się w berka ze zdrowym rozsądkiem widza i jego oczekiwaniami wyrobionymi sensacyjnym początkiem filmu.

Dopiero tu zaczną się spoilery. I to od pierwszego zdania jak mniemam 😉 MD to film o przegranym życiu i o pogoni za marzeniami. Smutna opowieść o zderzeniu wyobrażeń i nadziei z życiem, a także o tym jak to życie rozprawia się z marzeniami. Kto nie marzy o tym żeby być sławnym, kochanym przez tłumy i co by nie martwić się czy wystarczy do pierwszego? Nasza blondwłosa bohaterka też marzyła o tym samym. Była pełna nadziei, siły, wiary w swoje umiejętności, a jak skończyła? Skończyła w swoim własnym łóżku z przestrzeloną głową i pistoletem w dłoni. Popełniła samobójstwo po trzech tygodniach walki z własnymi koszmarami, rozdrapywaniu ran przeszłości i wściekłej masturbacji zastanawiając się dlaczego ona, utalentowana młoda aktorka pełna pasji i dziewczęcego uroku nie osiągnęła swojego celu, a zamiast tego była zmuszona patrzeć na to, jak karierę robi jej przyjaciółka, która specjalnie za dużo tego talentu nie miała, ale miała mocne plecy. Może jest dziewczyną gangstera, kto wie. Tak czy siak to ona jest gwiazdą, a nasze sympatyczne dziewcze ma dziurę w głowie i śmierdzi na poduszce. Tak życie rozprawia się z marzeniami.

I nie dajmy się zwieść pozorom i zabiegom stosowanym przez starego wygę Lyncha, który w małym palcu ma przewodnik po tym jak przy pomocy symboli, klisz i nieprzypadkowo dobranej obsady (ważna fizys, a nie nazwisko) zrobić mętlik z widza, który patrzy na te pozornie pozbawione sensu zlepki perfekcyjnie nakręconych scen i myśli sobie „ki cholera?”. To tylko sprytna zabawa z nami, widzami. Zabawa kryjąca w wyszukanej formie, prostą treść. Zabawa wymagająca naszego skupienia (przeoczmy choćby pięć minut filmu i już nie ma co dalej oglądać), a przez to nadająca całości posmak czegoś niepowtarzalnego, czego próżno szukać w mainstreamowych produkcjach hollywoodzkich. MD to film ze znakiem jakości DL, niepowtarzalnym i niepodrabialnym.

Kluczem do zrozumienia wszystkiego jest sen. Marzenia senne rządzą się swoimi prawami i nie podlegają logice. Śnimy czasem wydawałoby się nam zupełnie nierealne sytuacje, a jednak tkwiąc we śnie jest on dla nas czymś tak realnym, że nieraz po przebudzeniu szukamy obok siebie tą/tego Winonę Ryder/Brada Pitta, z którą/którym przed chwila baraszkowaliśmy w łóżku. Tak samo śni nasza bohaterka, niespełniona aktorka grywająca w filmach klasy C, w których udział załatwiła jej znana koleżanka. We śnie wszystko to, czego była świadkiem od czasu przylotu do Los Angeles układa się w zdawałoby się nieprawdopodobną całość, a jednak tak realną, że do czasu wizyty bohaterek w teatrze nie mamy wątpliwości, że na pewno jest jakiś klucz łączący wszystko w jedną całość. Tyle tylko, że nie możemy zapomnieć o tym, że nie oglądamy filmu Tarantino, a film Lyncha. I choć kilka scen uparcie kojarzy nam się ze stylistyką Quentina to w ostatecznym rozrachunku nie otrzymujemy klamry, która spina w całość wszystko to co widzieliśmy, a nam każe krzyknąć „No jasne!”. Nauczeni współczesnym kinem próżno czekamy na logiczne, podane na tacy wyjaśnienie. Nie dostaniemy go. Nie dostaniemy go, bo to film Davida Lyncha. Lyncha, który dobrze wie, że we śnie możliwe jest wszystko, a logika nie jest tu warunkiem koniecznym. Niebieskie pudełko, w którym znikają dusze bohaterek? A czemu nie? To sen! Zminiaturowane karzełki śmiejących się staruszków? A dlaczego nie? To sen! Plujący kawą z ekspresu małomówny boss mafii? A dlaczego nie? To sen! A we śnie Lynch może się bawić z widzem jak chce. Może ustawiać postaci z realnego życia naszej bohaterki w jakich tylko chce rolach. Kto nie otworzy umysłu w czasie seansu, kto nie pozwoli porwać się w świat sennych marzeń, ten prawdopodobnie machnie ręką i wyjdzie z kina zawiedziony. MD to film skłaniający do myślenia i w tym tkwi jego siła. A że okraszone to wszystko jest perfekcyjnym warsztatem reżyserskim tym lepszy jest to film. Cholera. Naprawdę mi się podobał.

A reszta jest „silencio”.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl