LAST HOUSE ON THE LEFT, THE

[ostrzeżenie o spoilerach: notka zawiera informacje zdradzające szczegóły fabuły]

Był rok 1971 kiedy na planie filmu „Together” spotkali się razem (nomen omen) dwaj panowie, którzy w przyszłości mieli wyznaczać nowe ścieżki dla kina gore i stać się jego znakiem rozpoznawczym, a ich nazwiska miały wkrótce być wymieniane jednym tchem przez wszelkich maniaków krwawego kina, których na świecie nie brakuje. Każdy jednak twórca, nawet ten najbardziej kultowy, musiał kiedyś zaczynać wspinanie się po drabinie sławy i dla owych panów wspinaczka rozpoczęła się od tego skromnego softcore’owego filmiku. Panami tymi byli Sean S. Cunningham i Wes Craven. Pierwszy z nich kilka lat później wymyślił Jasona Vorheesa i zapoczątkował serię „Piątków trzynastego”, a drugi wprowadził na ekrany przypalonego gościa w pasiastym sweterku, kapeluszu i z brzytwami zamiast palców. Kto nie zna Freddiego Kruegera ręka do góry?! „Koszmar z ulicy Wiązów” przyniósł Cravenowi koszmarny sukces, a kontynuacji tego filmu powstało prawie tyle samo co i „Piątku trzynastego” zataczając niedawno pełne koło przy okazji premiery „Freddie vs. Jason”. No, ale póki co był rok 1971 i nikt o nich nie słyszał, a i oni sami pewnie nie spodziewali się, że już wkrótce będą rozbudzać wyobraźnię kolejnych pokoleń miłośników wypruwanych flaków. Sam „Together” nie dawał nadziei na odbicie się od dna, ale już następny ich film „The Last House on the Left”, którego reżyserem był Craven, a Cunningham producentem (wśród ekipy filmowej pojawił się również Steve Miner, który później nakręcił parę ciekawych filmów z „Warlockiem” włącznie, który to film uważam za absolutnie bardzo fajny :) ), wzbudził wielką sensację będąc przez następne trzydzieści lat zakazanym w Wielkiej Brytanii, a w np. Australii, Nowej Zelandii czy Norwegii w swej pierwotnej wersji aż do dzisiejszego dnia. Ale po kolei.

Mari Collinwood mieszka z rodzicami w domu na przedmieściach. Właśnie nadszedł dzień jej siedemnastych urodzin, na który zaplanowała sobie wyjazd do miasta na koncert kapeli „Bloodlust”. W wycieczce tej ma towarzyszyć jej Phyllis, koleżanka mieszkająca na sąsiedniej farmie. Razem wsiadają w samochód, Mari macha na pożegnanie i odjeżdżają zostawiając nie tak do końca spokojnych o swoją córkę rodziców. Tymczasem do koncertu jest jeszcze trochę czasu, który dziewczyny postanawiają przeznaczyć na zakup trawki. Szczęście widocznie im dopisuje, bo pierwszy z zagadanych przez nie młodych chłopaków przyznaje, że ma do sprzedania trochę towaru. Dziewczyny idą razem z nim do jego mieszkania. W środku okazuje się, że nie mieszka on sam. Razem z nim przebywają tam jego ojciec, dziewczyna ojca oraz ich wspólny przyjaciel. Wyprawa dziewczyn szybko zamienia się w koszmar, gdy ojciec chłopaka zamyka drzwi na klucz. Dziewczyny przypominają sobie o nadawanym w radio komunikacie o dwóch zbiegłych z więzienia mordercach słynących z wyrafinowanego okrucieństwa. Teraz jest już jednak za późno. Rozpoczyna się najgorsza doba w ich życiu pełna upokorzeń i okrucieństwa. Dziewczyny zostają zgwałcone, wywiezione do lasu i zabite. Samochód czwórki morderców psuje się, a oni zmuszeni są zostać na noc w najbliższym domie, który okazuje się być domem Mari…

Bez wątpienia „The Last House on the Left” był główną inspiracją dla wielu horrorów lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych (inspirację nim można odnaleźć i dzisiaj; nie tak dawno triumfy święcił skromny filmik „Cabin Fever”, w którym można było usłyszeć piosenkę „Wait for the Rain”, która znajduje się również na ścieżce dźwiękowej TLHotL i „opisuje” w obydwu filmach mniej więcej podobną sytuację; od siebie dodam jeszcze, że „Cabin Fever” nie zasługuje na tyle pozytywnych ocen, bo to film wyjątkowo marny jest – no ale to moja o nim opinia) i stał się „ojcem” wszystkich fimów gore. Film Cravena trudno zaszufladkować gdyż nie wpisuje się on idealnie w ramy gatunków takich jak horror czy thriller. Czerpie garściami z tego co najlepsze w obydwu tych gatunkach i to wyróżnia go na tle innych filmów. W gruncie rzeczy opowiada historię, która mogłaby przytrafić się każdemu z nas bez ingerencji sił nadprzyrodzonych czy innych niewytłumaczalnych zjawisk. I ta właśnie prostota przeradzająca się w koszmar jest główną siłą filmu. Filmu na który nie patrzymy przez palce i z powątpiewaniem kręcimy głową wiedząc, że coś takiego zdarza się tylko w filmach. Widz po prostu cały czas jest świadom tego, że coś takiego może się wydarzyć i wcale dużo do tego nie potrzeba. Paradoksalnie więc pierwowzorem i niedoścignionym ideałem dla horroru gore stał się film, który „czystym” horrorem nie jest. Zresztą idąc dalej tropem TLHotL możemy dojść do takiej konkluzji, że ojcem kina gore stał się dzięki niemu… Ingmar Bergman. Tezę tą łatwo obronić, wystarczy wspomnieć, że Craven pisząc swój film wzorował się na „Junkgfrukallan” aka „The Virgin Spring” Bergmana właśnie. A dodając do tego fakt, że TLHotL czerpie również garściami ze „Straw Dogs” Peckinpaha to od razu widać, że ambitny i początkujący reżyser wzorował się na najlepszych i może właśnie to spowodowało, że film, który stworzył wywołał tyle zamieszania. Oczywiście nic by z niego nie było gdyby nie oryginalne pomysły Cravena, który już od początku kierował swoje kroki ku realistycznie pokazanemu okrucieństwu i szokowaniu widza. A coś takiego, co nie robiło potem takiego wrażenia w horrorach (oglądanie przez pryzmat niewiarygodności zdarzeń) musiało robić wielkie wrażenie w tym niemal dokumentalnym filmie.

„The Last House on the Left” był punktem zwrotnym w sposobie pokazywania przemocy na ekranie. Nic choćby podobnego do TLHotL nigdy wcześniej nie gościło na kinowych ekranach stąd łatwo sobie wyobrazić kontrowersje jakie musiał wzbudzać sobą ten niskobudżetowy film nikomu nieznanego reżysera. Publiczność nieprzywykła do takiego okrucieństwa pokazywanego w dosłowny sposób musiała być zaszokowana, tak samo jak zaszokowani byli cenzorzy decydujący o tym jaką kategorię wiekową dostanie film Cravena. Wyrok był nieubłagany, a maksymalna kategoria wiekowa (R) jaką dostał praktycznie przekreślała jego szanse na jakiekolwiek większe powodzenie i rozpowszechnianie go w kinach. Nie pomogło nawet to, że Craven widząc jak bardzo drastyczny w swej wymowie jest to film złagodził go nieco poprzez wstawienie paru czysto komediowych wątków, które niestety pasowały jak pięść do nosa w obliczu całej koncepcji filmu. Mamy tu więc oprócz scen tortur fizycznych jak i psychicznych, beztroskie zmagania z nieprzewidywalnością losu, dwóch niezbyt rozgarniętych wiejskich policjantów próbujących wyśledzić morderców. Co ciekawe w raczej epizodycznej roli jednego z nich wystąpił Martin Kove, który potem jako jedyny zrobił jako taką karierę filmową (między innymi dostał po ryju od Sylwestra Stallone w drugiej części przygód Johna Rambo :) ). Dla większości obsady był to jednorazowy filmowy epizod. Niektórzy z nich pojawili się jeszcze co najwyżej w kilku nikomu nieznanych filmach. No chyba, że karierą można nazwać 277 filmów wyreżyserowanych później przez Freda J. Lincolna. Filmów w sporej większości pornograficznych.

Film Cravena pojawił się w amerykańskich kinach w lipcu 1972 roku. Zanim zagościł na ekranach pod swoim właściwym tytułem zdążył przewinąć się po kinach pod wieloma innymi tytułami: „Krug and Company” (Krug to nazwisko jednego z morderców; skojarzenia z późniejszym Freddie Kruegerem słuszne), „Sex Crime of the Century”, „The Men’s Room” czy „Night of Vengeance”. Dopiero 23 sierpnia 1972 roku zadebiutował jako „The Last House on the Left”. Kontrowersje związane z jego pojawieniem się od razu spowodowały zakaz jego wyświetlania w Wielkiej Brytanii (do dziś dostępna jest tam tylko okrojona wersja filmu i tak dozwolona do oglądania widzom od lat osiemnastu). TLHotL szybko okrył się niesławą i wielu protestowało przeciwko jego wyświetlaniu także w Stanach. W tamtych czasach gwałty i okrucieństwo nie było standardem w kinie stąd wielu widzów było zniesmaczonych i zaszokowanych. Tylko niewielu z nich odkrywało w nim coś więcej niż tylko bezmyślną wydawałoby się przemoc. Oryginalna wersja filmu trwała 91 minut lecz Craven zdecydował się na wycięcie kilku najbardziej kontrowersyjnych scen (gwałt na Mari, wybebeszenie Phillis, wycinanie nożem inicjałów Kruga na ciele Mari itd.) i skrócenie swojego filmu. Nie wyszło to na dobre samemu filmowi, który w swej okrojonej wersji nie trzyma się zbytnio kupy. Łatwo zauważyć, ze czegoś w nim brakuje – np. gdy mordercy strzelają do tonącej Mari jest pewne, że dziewczyna „idzie na dno” i nie żyje, jednak później, gdy jej ciało na brzegu znajdują rodzice, dziewczyna jeszcze oddycha i kona dopiero w ich ramionach. Wygląda to bardzo nienaturalnie i trudno sobie wytłumaczyć, że dziewczyna tak po prostu się wyczołgała z jeziora mając w pamięci jej martwe ciało opadające na dno. A takich cięć jest sporo biorąc pod uwagę, że najkrótsza dostępna wersja filmu trwa 79 minut. Listę wyciętych scen można znaleźć w dziale „alternate versions” dla tego filmu na http://www.imdb.com

Film Cravena nawet teraz po trzydziestu latach wciąż budzi kontrowersje i niezdrowe emocje. I tak samo jak kiedyś, tak i teraz oglądanie go jest dla widza sporym wyzwaniem. Przemoc w nim pokazywana może i nie budzi takich wrażeń jakie musiała budzić na ówczesnym widzu, ale TLHotL to coś więcej niż bezduszny zapis kolejnych aktów przemocy. Ten film przede wszystkim wyczerpuje widza emocjonalnie. Nie na darmo reklamowany był pod hasłem: „To avoid fainting, keep repeating „It’s only a movie…It’s only a movie”.

Dużo więcej na: http://www.geocities.com/lasthouseuk/home.html

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.