DIM MAK – DOTYK ŚMIERCI

Powszechnie znane są niewiarygodne dokonania mistrzów walki karate, kung fu i innych pokrewnych technik Wschodu, jeśli idzie o łamanie różnych przedmiotów. Nieraz mężczyźni dość kruchej postury umieją rękoma, łokciami czy czołem rozbijać cegły, drewniane deski, betonowe bloki, bryły lodu i inne przedmioty, których łączna waga nierzadko przewyższa wagę samego mistrza. To jeszcze dałoby się jakoś wyjaśnić niezwykłą koncentracją i nagłym wyzwoleniem nagromadzonej siły w tak zwanym Kiai. Bruce Lee, supergwiazdor sztuk walki, był w stanie – bez zamachu, zadając jedynie niewielki cios ręką – odrzucać na kilka metrów przeciwników ważących 40, 50, 60 kilogramów więcej od niego. W wielu wywiadach opowiadał, jak można się tego nauczyć; potrzebna jest do tego nadludzka wytrwałość, nie zaś mistyka.

Imponujące są już tylko te umiejętności. Sztuka, o której mowa, ma jednak jeszcze zupełnie inny wymiar; podobno, według szerzących się po cichu pogłosek, możliwe jest zabicie człowieka jedynie delikatnym dotknięciem, co więcej, można spowodować śmierć dopiero po kilku dniach. Nazywają do dim mak, dotykiem śmierci. Przesada, bzdury, jednym słowem: nonsens – a może jednak coś w tym jest? W 1957 r. zapaśnik John F. Gilbey na Tajwanie miał wyjątkowy zaszczyt zobaczyć maleńką próbkę tej techniki w wykonaniu azjatyckiego mistrza Oh Hsing-yanga. Ten ostatni wymierzył własnemu synowi łagodnego klapsa, zapowiedziawszy, że młody człowiek za trzy dni przeżyje załamanie i będzie potrzebował wielu miesięcy, by dojść do siebie. Tak też się stało. Znane są przypadki podobne, zakończone śmiercią. Snuje się nawet przypuszczenia, że przedwczesna śmierć Bruce’a Lee (zmarłego w wieku 32 lat w niewyjaśnionych okolicznościach) była wynikiem takiego śmiertelnego dotknięcia – kary wymierzonej mu za pokazanie swojej sztuki publicznie, co było jej zbeszczeszczeniem.

Krążą nawet ciche wieści o jeszcze straszniejszej technice niż dim mak, która nie ma nawet nazwy (a przynajmniej my jej nie znamy), a która pozwala zabijać na odległość. Trudno w to uwierzyć; trzeba jednak przyjąć do wiadomości fakt, że mistrzowie sztuk walki, posiadający najwyższe stopnie wtajemniczenia, w czasie niektórych pokazów po uprzedniej zapowiedzi wybiórczo rozbijają cegły i inne przedmioty ułożone w stos. Tak np. znawca karate C.W.Nicol informuje o japońskim mistrzu szóstego dan (szósty czarny pas) Hirokazu Kanazawa, który demonstrował swoim uczniom (jednym z nich był Nicol) umiejętność rozbicia cegły umieszczonej pośrodku między dwiema innymi, bez jej uszkodzenia.

Jak działa dim mak? Otóż owo naciśnięcie lub lekkie uderzenie określonej części ciała powoduje wewnętrzne urazy, których opóźnionym skutkiem jest najpierw gwałtowne, głębokie omdlenie, a potem śmierć ofiary. Dzięki chińskim kronikom wiadomo, że najwięksi mistrzowie dim mak żyli w okresie dynastii T’ang (618-906 r), jednakże korzenie tej zabójczej techniki sięgają zamierzchłych czasów, tak jak i korzenie akupunktury czy akupresury. Pogłoski o dim mak zawsze brzmiały jak baśń, toteż wielu ludzi wątpiło w prawdziwość zjawiska. Mówiono: jakim cudem zwykłe dotknięcie czy lekkie uderzenie może zabić? Jednakże od słynnego naukowego eksperymentu przeprowadzonego w 1980 roku przez dra Johna Paintera, szefa szkoły walk dalekowschodnich w Arlington (USA), nikt już nie wątpi, że dotykiem można zabić.

Eksperyment przeprowadzono w obecności lekarzy i pod całkowitą kontrolą. Do pokazu wybrano młodego, zdrowego mężczyznę, który wiedział jedynie, że zostanie poddany pewnego rodzaju akupresurze. Podłączono go do aparatury mierzącej uderzenia serca, ciśnienie krwi, temperaturę ciała. Zapisano wszystkie wyjściowe odczyty wskaźników i wtedy dr Painter lekko uderzył mężczyznę w pewien punkt na piersi, zwany w chińskiej medycynie „hui kui-hsueh”. Zapytano pacjenta, czy coś czuje. Odparł, że nie czuje bólu, jedynie jakby odrętwienie ciała i ociężałość prawej ręki. Po pół godzinie mężczyzna poczuł bóle w podbrzuszu, temperatura skoczyła do 37,8C. 20 minut później pojawiły się ostre zaburzenia rytmu serca, tętno, które początkowo wynosiło 62 uderzenia na minutę, zaczęło gwałtownie skakać od 50 do 150 uderzeń na minutę. Całe ciało pacjenta oblało się potem, wystąpiły skurcze mięśni i drgawki. Ciśnienie krwi osiągnęło stan krytyczny. Wtedy dr Painter zaczął delikatnie masować uderzone wcześniej miejsce i kazał pacjentowi wypić pewne zioła. Po godzinie mężczyzna był zdrów. Dr Painter oświadczył, że gdyby pozostawiono mężczyznę swemu losowi, umarłby w ciągu dwóch dni na skutek zmian w organizmie. Obserwujący przebieg eksperymentu lekarze zgodzili się z jego diagnozą.

Wschodnie sztuki walki zawsze okrywała tajemnica. Na Dalekim Wschodzie wielki nacisk kładzie się na autodysyplinę, ćwiczenia koncentracji i medytację. Ludzie z tego regionu świata zawsze byli bliżsi ducha niż my. Niewykluczone, że w tych supertechnikach przejawiają się obok niezwykłego opanowania ciała pewne zdolnosci paranormalne, jak psychokineza albo sugestia; a może i nie. Być może życiowa siła chi albo ki, którą w Azji wiąże się zwłaszcza z technikami walki, stanowi istotnie elementarną energię życia, której jednak nie nauczyliśmy się wykorzystywać, wskutek czego na Zachodzie wystepuje rzadko i zupełnie nie kontrolowana. to całkiem możliwe.

Telefony Strefy 11 będą czynne jeszcze przez pół godziny po zakończeniu programu. Zapewniamy anonimowość.

Odpowiedź

  1. Więcej takich artykułów. 👍

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl