Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

25 PAŹDZIERNIKA 1995 ROKU

A zobaczmy do papierowego pamiętniczka co też się ciekawego działo u Quentina dziewięć lat temu:

Po wczorajszych wystąpieniach z matematyki dzisiaj przyszła pora na kolejne. Kolejka szła powoli do chwili, gdy przyszło dodawać i mnożyć ułamki dziesiętne. Wtedy poleciało jak Linford Christie. Posypały się jedynki i nawet M.G. dostał minusa. Przyszła kolej na mnie. Zacząłem liczyć i roztrzaskałem wszystko co miałem do roztrzaskania aż usłyszałem od G.: „No Łukasz, muszę cię pochwalić. Jak pomyślisz to jesteś mądry”. Szepnąłem: „Dziękuję”. Szkoda, że za to nie ma ocen, ale i tak ją zaszokowałem. Jezu! G. mnie pochwaliła. Ale jaja!
A tak w ogóle to tęsknię za M.

***

Trzeba zrozumieć to moje szczęście z zakasowania G, bo przeboje z nią w liceum miałem całkiem poważne, choć chyba tak naprawdę to nigdy nie miałem do Niej o nic pretensji. Zawsze, gdy stawiała mi jedynkę do dziennika, to robiła to z konkretnego powodu i nie miałem prawa się burzyć o nic. Inna zmora z liceum zwyczajnie się na mnie uwzięła i robiła różne nauczycielskie świństewka, a pani od matematyki, starsza kobieta, po prostu oceniała realnie moje ówczesne matematyczne umiejętności, starając się nie patrzeć na to, że częściej byłem nieobecny niż fatygowałem się na Jej zajęcia. Zresztą tak patrzę na wpis z 24 października i widzę, że mnie pytała, a ja dostałem aż mierny, narzekając na to, że pytania mi nie siadły – kumpel z ławki, taki sam „olewacz” jak ja odpowiadał tego samego dnia i miał łatwiejszy zestaw otrzymując za odpowedź całe cztery minus!

Wtedy chyba jednak nie miałem o pani G tak dobrego zdania, a matematyki bałem się gorzej niż Sądu Ostatecznego. Każda lekcja matematyki to była wyrafinowana tortura według hitchcockowskiej metody. Zaczynało się od trzęsienia ziemi w postaci pytania, a kończyło na różnych innych niespodziewanych pytankach – bywało, że można było skończyć lekcję z trzema pałami bagażu :) Ech, jak ja to przetrwałem to nie wiem. Podziwiam się za to :)

No, ale co się dziwić różnym przebojom skoro z kolegą M.G. częściej chodziliśmy do knajpy na bilarda niż na matematykę. Dobrze, że nikt nigdy nie podliczył nam nieobecności, bo wyszłaby jakaś straszna liczba. Czasem tylko zdarzały się śmieszne sytuacje jak ta z drugiej klasy. Wchodzi na matmę nasza facetka od niemieckiego i się pyta kto chce kupić książki, które nam się przydadzą. Wszystcy podnieśli ręce do góry. Pani wyjęła karteczkę i zaczęła po cichu notować nazwiska kolejnych osób „idąc” ławkami w górę. Po jakimś czasie doszło do ławki mojej i M.G. Pani od niemieckiego podrapała się w głowę, popatrzyła na nas, potem na karteczkę, potem na nas, potem na karteczkę, a potem po prostu spytała:
– A wy to jak się nazywacie?
Śmiech na sali, a G. z wrodzoną gracją prychnęła tylko:
– No tak, w końcu to są rzadcy goście w naszej szkole.

Cztery lata matematyki to była prawdziwa mordęga i szkoła życia :) G. stosowała również wyrafinowane sztuczki psychologiczne. Razu jednego mnie zapytała, a ja za odpowiedź dostałem cały dostateczny! Jakiś czas potem zauważyłem w dzienniku, że nie mam wpisanej tam tej oceny. Zapytałem wychowawczyni co robić.
– Idź do pani G. i powiedz jej grzecznie, że zapomniała wpisać – odparła wychowawczyni. – Tylko grzecznie, a nie tak, jak to ty potrafisz!!
Poszedłem więc na początku następnej matematyki. G. popatrzyła na mnie i nie czekając na nic zapytała:
– Znów chcesz zgłosić nieprzygotowanie?
– Nie proszę pani. Chciałem tylko powiedzieć, że niedawno odpowiadałem i dostałem z tej odpowiedzi dostateczny.
– Pamiętam, no i co?
– Po prostu zapomniała pani wpisać tej oceny do dziennika.
– Tak, tak. Nie martw się, wpiszę ci ten dostateczny…
– Dziękuję.
– … a obok jedynkę za nieobecności. Siadaj.

I tak to było z tą panią G. Dziś już nie pracuje. Zamieszkała w mojej miejscowości i czasem widuję Ją jak jedzie sobie na rowerze do lasu. Kłaniam się, Ona kłania się mi, ale nie sądzę żeby pamiętała kim jestem. Nie tak jak ta druga zmora o której pisałem wyżej. Spotkałem Ją jakieś trzy, cztery lata po liceum na korytarzu swojego, starego liceum, gdzie wstąpiłem się wysiusiać za darmo. Uśmiechnęła się do mnie i pyta:
– I jak tam Łukasz? Dostałeś się na to prawo?
Wyjątkowo głupie pytanie zważywszy fakt, że chciała mi dać mierną z historii i dobrze wiedziała, że nie wybiorę się nigdzie, gdzie trzeba znać historię.
– Nie. Nigdy nie wybierałem się na prawo.
– Aha. A na historię?
No co za małpa!
– Nie, tam też się nie wybierałem.
– To na co się wybrałeś?
– Byłem na polonistyce.
– Byłeś? Ha ha ha ha

A w ogóle przepisywanie starego pamiętnika to nie jest zbyt dobry pomysł. Nie sądziłem, że on aż tak osobisty jest w niezacytowanych fragmentach :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.