SZTUKA NABIJANIA LUDZI W BUTELKĘ

Nie wiem czemu, ale postanowiłem napisać notkę wielce zaangażowaną i poruszającą prawdziwe problemy ludzkie powstające w zetknięciu z brutalnym światem w jakim żyjemy. Oczywiście postanowienie to tylko postanowienie i nic więcej z nim robić nie ma potrzeby. Dlatego postanowienie owo pozostanie sobie cichutko w stosiku innych niewykorzystanych postanowień, a ja napiszę po prostu zwyczajną notkę :) Nie to, żebym nie potrafił czy coś, ale po prostu pisanie o rzeczach poważnych średnio wychodzi, gdy przez okno wpada mi do pokoju ostre, jesienne słońce, korzystając z okazji, że nic nie oglądam i okna mam nie pozastawiane. Nie, nie zasłaniam ich dlatego, że oglądam jakieś pornosy czy coś i nie chcę żeby mnie ktoś przypadkiem przez okno dojrzał :) Ot po prostu, gdy tak ostre słońce wpada akurat centralnie do miejsca, w którym siedzę to przy okazji liże ono również swoim językiem monitor komputera w efekcie czego, mówiąc kolokwialnie, gówno widać… Ach jak ja lubię te moje przydługie wstępy :)

Siedząc dziś przy zaaranżowanym własnoręcznie śniadaniu postanowiłem rzucić okiem na leżącą tuż obok gazetę. Był to telewizyjny dodatek do Dziennika Zachodniego, czyli krótko mówiąc nic ciekawego. Przerzucając kolejne kartki i omiatając wzrokiem kolumny z poszczególnymi programami, natknąłem się na całą reklamową stronę, a na niej krzykliwymi literami napisane, że już w ciągu kilku dni mogę zostać milionerem! Zaciekawiło mnie to oczywiście, gdyż nie przeczę, przydałby mi się jakiś ekstra milionik lub dwa, a co szkodziło zawiesić wzrok na tym ogłoszeniu nawet jeśli miałoby się ono okazać blagą (oczywiście ani przez chwilę nie myślałem, że właśnie dotarłem do podanego jak na tacy przepisu na kamień filozoficzny i nie ma znaczenia, że nie było tam żadnych zdjęć cudownie odchudzonych Grażyny Bukowskiej, czy Ewy Szykulskiej). Po chwili czytania już wiedziałem, że właśnie jakaś uczciwa dusza ma zamiar sprzedać mi cudowne systemy do totolotka umożliwiające miesięczne zarobki rzędu trzydziestu tysięcy złotych, czy innej równie oszałamiającej sumy. Całe dwie kolumny poświęcone były przekonywaniu mnie, że jakiś światowej sławy matematyk w przerwie między obliczaniem wzoru na poruszające się na dziedzińcu uniwersytetu gołębie, postanowił dać ludzkości to, o czym owa ludzkość zawsze marzyła. To bardzo miłe z jego strony, sobie pomyślałem, i wzniosłem oczy ku górze w dziękczynnym geście, że i do naszego smutnego jak… yyy… państwa dotarło owo cudo. Oczyma wyobraźni (też uniesionymi do góry) widziałem już te tłumu szczęśliwych Polaków, do których dociera Dziennik Zachodni. Widziałem drogie samochody jeżdżące po ulicach, dzieci ubrane od stóp do głów w Nike’i (nie dostałem od nich żadnej kasy, po prostu lubię najeczki :) ), uśmiechnięte kobiety i facetów stukających w laptop. W jednej chwili zapragnąłem być taki jak oni! Doczytałem reklamę do końca i już wiedziałem, że mam tylko wysłać jeden, malutki kuponik i jedną malutką opłatę w ramach podzięki, a wkrótce do mych drzwi zapuka listonosz, który nawet nie wie jakie skarby trzyma w swojej torbie! I już, już miałem wypełniać ów kuponik i zapożyczać się u byle kogo (przecież mu oddam z zarobionego szybciutko miliona), gdy do głowy przyszła mi jedna myśl: chwila moment, dlaczego ktoś posiadający przepis na sukces i gotową receptę na wygrywanie milionów robi sobie tyle zachodu, żeby zmontować całą tą akcję i przysporzyć sobie kłopotu z wypadającym nań z każdej koperty bilonem? Czy nie powinien zamiast tego siedzieć w kolekturze i skreślać numerków??

Tak moi Drodzy, ludzie ludziom zgotowali ten los. W dziedzinie nabijania się w butelkę i wyciągania zysków z każdej możliwej okazji jesteśmy mistrzami w całym chyba wszechświecie. Ciekaw jestem czy są lwy, które cały dzień kombinują jakby tu opchnąć innym lwom podgnitą już antylopę, bo upolowaną przez ich lwicę w zeszłym tygodniu. Wyobrażacie sobie lwa stojącego nad truchłem i psikającego go płynem do naczyń żeby się ładnie błyszczał? Mnie jakoś nie przychodzi to do głowy choć mam bujną wyobraźnię. Ktoś powie, że tak to już jest urządzony ten świat, że jak nie ja komuś, to ten ktoś mi, no i pewnie będzie miał rację. A nam szarym człowieczkom pozostaje tylko szukać tych idiotyzmów gdzie popadnie i krzyczeć na cały głos, że to oszustwo! Może w ten sposób uratuje się jedną czy drugą duszyczkę. Sprawa prosta nie jest, bo przykłady można by mnożyć w nieskończoność.

Oto dnia pewnego przyszedł do mojego domu pan listonosz i wręczył mi kopertę zaadresowaną do mojej mamy. Wiadomo jak to jest z tymi wszystkimi zawiadomieniami o wielkiej wygranej więc w przypadku tej koperty moja moralność poszła na spacer (po przyzwoleniu kiedyś tam dawno temu szanownych rodzicieli), a ja czym prędzej rozerwałem kopertę co by jej zawartość powędrowała zaraz do kosza. Tym razem jednak w środku czekało mnie coś zupełnie nowego! Otóż pewna wróżka o wenezuelskim imieniu Esmeralda zwracała się osobiście do mojej mamy, a w jej słowach przejawiała się prawdziwa troska! Uważaj Pani Wando K. urodzona dnia DD.MM.RRRR w Ogrodzieńcu i zamieszkała przy ulicy Pl. … tyle to i tyle! Patrzyłam ostatnio w gwiazdy i zobaczyłam, że grozi Ci wielkie niebezpieczeństwo! Dokładnie o 16:30, 17 października przydarzy Ci się coś strasznego! Zaniepokoiłam się tą wizją (improwizuję treść listu, bo dawno już leży w koszu) i postanowiłam temu przeciwdziałać! Wystarczy, że prześlesz na podane niżej konto pięćdziesiąt złotych, a ja już się zatroszczę o to żeby wszystkie Twoje kłopoty rozpłynęły się na wietrze niczym bańka mydlana! Tylko musisz się spieszyć! 17 października, godzina 16:30 zbliża się z każdą minutą!!… Zaniemówiłem, a ręce mi opadły. Ludzka bezczelność nie ma granic. Wyrzuciłem list do kosza nawet nie pokazując go matce. W końcu nawet wiedząc, że to zwykła blaga (szperając po internecie natknąłem się na informację na ten temat; podobne listy wysyłane były już wcześniej tylko oczywiście data była inna; swoją drogą zastanowiło mnie to, że akcja musiała przynieść jakieś profity skoro postanowiono ją powtórzyć) nie chciałbym dostać listu o treści: „Panie Łukaszu K., cegła Panu spadnie na głowę dnia tego i tego, a na następny dzień w ostatniej chwili wyciągną Pana spod walca”.

Jak już pisałem przykłady można by mnożyć i ja też miałem w zamiarze napisać tu jeszcze jaki to cudowny ekspres do kawy przyszedł mi kiedyś do chaty, albo i o tym dlaczego pieczywo zawsze znajduje się na końcu supermarketu, ale dam sobie już spokój, bo notka jest wystarczająco długa, a ja chyba już wyraźnie przedstawiłem do czego zmierzam. Na koniec westchnę sobie tylko cicho i wspomnę o tym, że nabijanie w butelkę wcale nie musi być takie bezczelne, a i są przykłady z których można się pośmiać i pozazdrościć ich twórcom pomysłu. Ot choćby był sobie pewien anonimowy facet, który dnia pewnego siadł nad kartką, narysował pewne logo, zaniósł ową kartkę do urzędu patentowego i opatentował narysowany przed chwilą znaczek. Długo nie musiał czekać, gdy zaczęły napływać do niego pieniążki od firm, które natychmiast chciały wykorzystać jego logo w swoich reklamach. Tym znaczkiem był znaczek Polskiego Towarzystwa Stomatologicznego. Pewnie nieraz słyszeliście w reklamie, że jakaś pasta do zębów polecana jest przez to właśnie towarzystwo. Tyle, że nikt nie zdaje sobie chyba sprawy z tego, że takie towarzystwo nie istnieje. Istnieje tylko jego logo, które przyznacie sami, że spełnia swoją rolę w stu procentach.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.