[„JIAN GUI” AKA „THE EYE”]

Wyst.: Lee Sin-Je, Lawrence Chou, Chutcha Rujinanon
Reż.: Pang Brothers
Ocena: 4(6)

Bohaterką filmu jest młoda dziewczyna niewidoma od drugiego roku życia. Szansę na poprawę tego stanu rzeczy daje jej operacja, a konkretnie przeszczep czegoś tam (rogówki?) – trzeba tylko czekać na odpowiedniego dawcę. Tak się jednak szczęśliwie składa, że dawca jest i można przystępować do operacji. Dziewczyna trafia pod nóż, a potem spędza czas szczelnie owinięta bandażem. No, ale ten stan wiecznie trwać nie może. W końcu bandaże zostają zdjęte z jej oczu i… okazuje się, że operacja się udała. Potrzeba jeszcze czasu, aby przyzwyczaić wzrok, ale wszystko jest w najlepszym porządku. Szczęśliwa dziewczyna idzie spać. W środku nocy budzą ją jakieś hałasy – do jej sąsiadki z sali przyszedł gość. Rano, jej sąsiadka jest już martwa, a dziewczyna dowiaduje się, że żadni goście jej nie odwiedzali. Oho, coś źle się dzieje w państwie duńskim!
Całkiem toto fajne i miło się ogląda, jednak nie odstaje jakoś specjalnie w żadną stronę od poziomu do którego od czasu „Ringu” zdążyły przyzwyczaić nas japońskie horrory. To kolejna opowieść rozwijająca się w powolnym tempie i powoli budująca swój klimat. Niespecjalnie straszna, bardziej skupiona na opowiadanej historii niż na mnożeniu scen przyprawiających o zawał serca. Nie przypominam sobie żebym w którymś momencie się wystraszył (choć w sumie oglądałem za dnia i potrafię sobie wyobrazić, że straszy oglądana w nocy ze słuchawkami na uszach – no ale w ten sposób to i „Nie do wiary” by mnie wystraszyło :) ) w zamian jednak za to nie nudziła i nie przypominała w niczym amerykańskich „scary movie”. No, ale to można o większości japońskich horrorów, które do nas dotarły powiedzieć i ktore nie polegają na geometrycznym namnożeniu się krwawych do przesady scen. Tak więc jako powtórka z rozrywki może nudzić. Szczególnie, że nie jest to jakiś świeży pomysł na opowiadaną historię – może przed „Szóstym zmysłem” robiłoby to większe wrażenie, ale nie teraz. Jak tak dalej pójdzie to moda na japońskie horrory (choć akurat ten jest chińsko-koreańsko-tajski :) ) szybko przeminie. Zwyczajnie się „przejedzą”, bo ileż można w kółko oglądać to samo, nawet jeśli jest bardzo dobre.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.