JEEEST JEEESIEEEŃ…

… tak jak to śpiewa Kazik Staszewski. W tym roku udało jej się zgrać dokładnie z kalendarzem w związku z czym nabieram do niej trochę więcej szacunku. Nie na tyle żeby ją polubić i nie kręcić nosem na spadające liście, lejący deszcz, wiejący wiatr i wszystkie te inne przyjemności jakimi nas obdarza ta pora roku, ale choć na tą odrobinę szacunku w jej względzie. Tak, dobrze się zorientowaliście – ta notka będzie dokładnie o niczym :)

Miałem nic nie pisać, ale mam jakąś taką przerwę w robieniu czegokolwiek – a to nic mi się nie chce robić, a to chwilowy zastój na GG w oczekiwaniu na taką hehe jedną :) więc pomyślałem co mi szkodzi nie wysilając się zbytnio nastukać parę słów, któych i tak nikt nie przeczyta, bo tytuł tej notki wymyślił mi się wyjątkowo sztampowy i zupełnie, ale to zupełnie nieorginalny. No, ale kto to może przewidzieć jakie tytuły przyciągają potencjalną publiczność. Wczorajszy wydawał mi się dobry, a tymczasem taka porażka :) Ciekawe czy komuś chciało się go przeczytać na tyle żeby zobaczyć, że to był wpis o moich wczorajszych zajęciach. Ci, którzy mnie nie znają odpadli pewnie przy wstępie, a Ci, którzy mnie znają trochę bardziej pewnie stwierdzili, ze to na pewno o mnie nie jest, bo co jak co, ale na strongmana to ja za bardzo nie wyglądam. Własciwie cholera to nawet nie wiem na kogo ja wyglądam, bo ani ze mnie strongman, ani tymbardziej chuderlak :) Nie żebym się tym przejmował (tak samo jak nie przejmuję się tym, czy ktoś przeczytał moją wczorajszą notkę czy nie – choć wiem, zdaję sobie sprawę, że wygląda to zupełnie inaczej; zresztą podobny „problem” mam na prfie – o nim może później :) ), ale w sumie lepiej byłoby mieć jakieś konkretniejsze porównanie na wypadek konkretnego pytania: „Jak wyglądasz?”. Chciałem się porównać kiedyś do jakiegoś aktora, ale mi wyszło, że te próby są żałosne, bo brzydkich ludzi w aktorstwo nie biorą :) Natomiast na porównywanie mnie do Cezarego Żaka odpowiadam chrząknięciem i spojrzeniem pełnym dezaprobaty :) Tak więc cała moja nadzieja na to, że ktoś się pozna na mnie leży w tym moim stukaniu czy to na bloga, czy to na grupy dyskusyjne, czy to gdziekolwiek indziej, bo na pytanie do kogo jestem podobny nie potrafię udzielić żadnej konkretnej odpowiedzi. Z drugiej strony jestem dziwnie pewien, że Robson zaraz tu rzuci jakimś sprytnym porównaniem. Zobaczymy.

Wspomniałem wyżej o prf’ie, ale po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że nie ma o czym pisać, bo to nie jest żaden temat na opowiadanie, a tymbardziej na pisanie o nim notki. Tych, którzy zastanawiają się co oznacza ów „prf” odpowiadam, że chodzi mi o grupę dyskusyjną pl.rec.film, na którą jak ktoś jest ciekawy to zapraszam, choć to raczej zabawa dla ludzi o mocnych nerwach :) Ja mam pięcioletnie przeszkolenie w tym temacie więc takie rzeczy dla mnie nie są straszne, ale nie chciałbym być w skórze kogoś, kto odwiedza tamtą grupę w celu pogadania sobie o filmach z innymi, podobnymi kinomaniakami… Cholera, jak to się dzieje, że zawsze, gdy chcę tylko wspomnieć o czymś i przeskoczyć do następnego tematu to robi się z tego całkiem pokaźny akapit?

Podczas, gdy my wyglądając przez okno musimy dojść do wniosków jednoznacznych, inni mają ten komfort, że przebywają sobie na tropikalnej wyspie i nie muszą się przejmować przeszywającą zimnem do szpiku kości mżawką. Mowa oczywiście o ludzikach, których TVN zabrał na darmowe wakacje, a teraz filmem nakręconym na tych wakacjach katuje nas w poniedziałkowe i wtorkowe wieczory. Tak, wiem, że to z poślizgiem nadają, a Robinsonowie zdążyli już wrócić do domu, a któryś z nich pewnie też zdążył się już wygadać wujkowi Ździchowi, kto z wyspy na ultramarynowym morzu wrócił z walizeczką pełną banknotów, ale w niczym to nie zmienia faktu, że żal dupę ściska jak się tak patrzy na te nasłonecznione plaże, tropikalne drzewa i czystą (no nie do końca odkąd postanowili się do niej załatwiać) wodę w sytuacji, gdy alternatywą jest wiatr i liście fruwające w ostatnich podrygach zanim przejedzie je samochód, nadepnie jakiś ludź, czy w najgoszym wypadku narobi na nie kundel. Prawda, że aż przykro w takiej sytuacji na to patrzeć? A przecież mogli by ich wysłać do jesiennego lasu w kieleckim i też by był z tego porządny reality, kto wie czy nawet nie lepszy niż ten, który nam pokazują. A i człowiek zżyłby się lepiej z bohaterami szukającymi grzybów i zajadającymi borówki. Inna sprawa, że pewnie straciłby kilku widzów, którzy patrzą na niego tylko dlatego żeby popatrzeć sobie na panny w skąpych ubraniach, czy też tych (a raczej te), którzy od wżynających się w pupę stringów woleli gołą klatę Kenia. No, ale nic tam. Po to są tropikalne wyspy żeby i je ktoś odwiedzał. Na zdrowie. Piszę o tym wszystkim, bo widzę właśnie, że biedny TVN znowu złapał się w tą samą pułapkę, co parę lat temu w przypadku pierwszego „Agenta”. Dzielni Robinsonowie dokonali bowiem zabicia Bogu ducha winnego węża, którego założę się i tak pewnie nie umieli przyrządzić na tyle żeby był jadalny. Właściwie to nie mam jednoznacznego poglądu na ten temat, ale choć rozsądek podpowiada mi, że straszenie Kenia prokuratorem to z deka niepoważne jest, to jednak zabijanie snake’a potrzebne do niczego nie było. A i specjalnie wielkiego napięcia w programie przez to nie stworzyli i tak. Są inne sposoby na nakręcenie chwytliwej zapowiedzi kolejnego odcinka niż zabijanie węża. I o wiele prostsze. Wystarczy im tylko czegoś dosypać do ryżu :) W końcu i tak za kamerami, gdzie ich nie widać czai się cały sztab fachowców, którzy już tam dbają o to żeby się naszym bohaterom krzywda nie stała. Słabo kombinują skoro drugi raz ukręcili na siebie ten sam bat. Może już pora na zmiany nie tylko w „Faktach”? Jakby co to ja nie mam co do roboty! :)

I tak leci powoli ta świeżo rozpoczęta jesień. Dawno się już zrobiło ciemno na tyle żeby nie było widać, że aura na zewnątrz nie jest zbyt przyjazna więc psioczyć co nie ma (choć oczywiście i tak czuć jesień w powietrzu). To też nie psioczę, bo o dziwo żadna jesienna depresja mnie nie dopadła, ani nie widzę jakichś szczególnych powodów do niej. Jest jak jest. Uśmiechać często się nie uśmiecham, ale i smutny też nie jestem. Okazuje się, że można żyć bez żadnych fizycznych rozweselaczy, co wiedziałem już zresztą od dawna, ale z czym specjalnie pogodzić się nie mogłem. Na chwilę obecną biorę wszystko takie jakim jest, szczególnie, że są takie osoby z którymi się dogaduje mimo tego, że dotknąć ich nie mogę (no chyba, że do żywego :) ). God bless Internet! 😉

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.