„DZIESIĄTA OFIARA” [„LA DECIMA VITTIMA” AKA „TENTH VICTIM”]

Wyst.: Marcello Mastroianni, Ursula Andress
Reż.: Elio Petri
Ocena: 4+(6)

I znów świat przyszłości (choć biorąc pod uwagę rok produkcji tego filmu – 1965 – to spokojnie można założyć, że świat w nim opisywany to dla nas jednak przeszłość). Świat, w którym każdy sfrustrowany, znudzony czy choćby posiadający skłonności samobójcze może znaleźć ujście dla swoich potrzeb. A wszystko dzięki śmiertelnej grze nadzorowanej przez Ministerstwo Polowań. Zasady zabawy są proste: jeden ucieka, drugi goni. Kto przeżyje gra dalej. Każdy z uczestników zobowiązany jest do odbycia dziesięciu polowań – pięciu jako łowca i pięciu jako ofiara. Łowca ma zapewnione wszystkie wiadomości o swojej ofiarze. Ofiara wręcz przeciwnie – dodatkowo, gdy zabije kogoś innego niż swojego łowcę grozi jej trzydzieści lat odsiadki. Kto przeżyje dziesięć polowań w nagrodę dostanie milion dolarów. I generalnie tyle zasad. Teraz czas poznać Caroline, która właśnie zakończyła sukcesem dziewiąte polowanie. Do pełni szczęścia brakuje jej dziesiątego zwycięstwa. Jej ofiarą będzie Marcello, który ma na koncie sześć zwycięstw. Dodatkowo w całą rozgrywkę wmiesza się telewizja.
Kawał porządnego kina, które wcale nie trąci (za bardzo ma się rozumieć) myszką. Wręcz przeciwnie. Ogląda się to bardzo dobrze, choć nie przeczę, że w środkowej swej części trochę zalatuje nudą. A to wszystko pewnie dlatego, że głównym celem filmu wcale nie jest pokazanie sensacyjnej otoczki całego przedsięwzięcia, a raczej satyryczne spojrzenie na przedstawioną w filmie rzeczywistość. Bo raczej trudno mówić o tym filmie w kategoriach filmu sensacyjnego, czy tymbardziej sci-fi. Bardziej jako o czarnej komedii z bardzo fajnym (wtedy jak się domyślam jeszcze nie oklepanym) pomysłem i przykuwającym uwagę wykonaniem. Nigdy nie przypuszczałem, że spodoba mi się film z Marcello Mastroiannim, który nawiasem mówiąc prezentuje się tu nie gorzej niż Keanu Reeves w „Matrixie” :)
Jednego tylko nie potrafię wybaczyć temu filmowi – muzyki. Dżiz, ja rozumiem, że tak się wtedy grało i tego się słuchało, ale na moje XXIwieczne uszy to za wielka kakofonia. Co najgorsze po seansie zacząłem sobie pogwizdywać melodię przewodnią :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.