„DZIEŃ UMARŁYCH” [„DAY OF THE DEAD”]

Wyst.: Lori Cardille, Terry Alexander, Joseph Pilato, Jarlath Conroy
Reż.: George A. Romero
Ocena: 3+(6)

Idąc z marszu zaraz po obejrzeniu „Świtu…” (o którym później) zarzuciłem „na ruszt” trzecią i ostatnią część trylogii. Film generalnie zaczyna się w tym samym momencie, w którym kończy się „Świt…”. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Bo już po chwili widać, że helikopter, którymi poruszają się bohaterowie filmu, zapełniony jest zupełnie innymi ludźmi :) Czyli wiadomo już, że nie obejrzymy kontynuacji przygód „survivorów” ze środkowej części, a raczej to samo co już widzieliśmy tylko, że inaczej. Bo w helikopterze siedzą znów: trzech mężczyzn i jedna kobieta. Fruwają sobie tak nad jakimś większym miastem, a w mieście ani żywej duszy (umarłej zresztą też nie :) ). Postanawiają wylądować i trochę się rozejrzeć. Po chwili z wszelkich dziur wychodzą zombie. Oho, trzeba uciekać. Bohaterowie pakują dupska w helikopter i wracają do miejsca, z którego wylecieli na rekonesans, czyli do opuszczonej bazy wojskowej, w której to podziemiach ukrywają się razem z kilkoma jeszcze żołnierzami i lekarzami. Zombie sobie stoją dookoła ogrodzenia i tylko czekają żeby im się dobrać do skóry.
„Dzień żywych trupów” jest dużo słabszym filmem niż ocierające się o geniusz (jeśli idzie o tematykę żywych trupów) dwie poprzednie części. Napiszę wprost: nudzi. Nie ma tu atmosfery zagrożenia tak jak w poprzednich epizodach, nie ma czegoś czego by już wcześniej nie było… no ogólnie za dużo to tu w ogóle nie ma. Pierwsza godzina filmu wypełniona jest gadaniną i zanim widz napalony na gore doczeka się do jakichś większych konkretów, musi przełknąć tą przegadaną część filmu. Ja nie mówię, że „przegadanie” jest wadą, ale dobrze by było mieć jakichś dobrych aktorów żeby umieli to zagrać. A tymczasem mamy tu do czynienia z aktorskimi amatorami, którzy ani przedtem ani potem nie wystąpili już w zbyt wielu filmach, a co za tym idzie wszystkie kwestie w ich ustach brzmią śmiesznie i groteskowo. Każdy z nich, niczym Steven Seagal, ma tą swoją jedną minę (przeważnie przesadny wytrzeszcz oczu) i na niej „jedzie” do samego końca. Owszem, w poprzednich częściach też nie było w obsadzie De Niro czy Pacino, ale tam gadanie było wypełnieniem akcji, a tu jest na odwrót. No i w efekcie wyszła nuda.
Film broni się znakomitymi krwawymi efektami Toma Savini i warto czekać żeby pooglądać flaki wylewające się skąd się tylko da. Pod tym względem film nie zawodzi. Trzeba tylko odczekać swoje.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.