CELEBRITY DEATHMATCH – JAGODA VS. BORÓWKA

Wróciłem sobie własnie z grzybobrania. Zbierałem się i zbierałem żeby w końcu iść… zbierać :) i dzisiaj nadszedł ten dzień, kiedy po prostu się ubrałem, wziąłem w łapę pierwszy z brzegu pojemnik i nóż i tak uzbrojony ruszyłem na spotkanie jesiennego lasu. Głównym powodem mojego długiego się zbierania na owo grzybobranie był fakt, że z nieba za bardzo nic nie padało, a już na pewno nie deszcz więc za bardzo sensu chodzić nie było po suchym lesie. Jednak przez dwa ostatnie dni jako tako padało, a przy tym było ciepło więc uznałem, że to dobry moment żeby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza, a przy okazji zrobić wreszcie coś pożytecznego. Niewiele, bo niewiele, ale zawsze. I jaki był efekt tego wszystkiego? Ano nazbierałem trochę grzybów maści różnej. Nie za dużo żeby się chwalić i nie za mało żeby wracać do domu z pochyloną głową. Ot tak średnio na jeża jak to się utarło mówić… No, a teraz po tym wstępie idę sobie zrobić coś do picia, a jak wrócę to poopowiadam o różnych refleksjach, które nasunęły mi się na myśl podczas samotnej wędrówki nieraz w terenie gorszym niż nie śniło się nawet w najgorszych snach uczestnikom „Wyprawy Robinsona” :) Nie było tych refleksji bardzo wiele, a i niezbyt dobrego gatunku one były, ale co szkodzi przelać je na cyberkartki mojego bloga. W końcu jak to mówią „papier się nie czerwieni” to i blog nie powinien. Szczególnie, że od dwóch dni utrzymany jest on w tonacji blue.

Dzisiaj prędzej niż zwykle, bo już w drugim akapicie, zacznę pisać o tym, o czym jest tytuł tej notki, a mianowicie o owocach leśnych. Ci, którzy znają mnie z Bocznicy mogą spokojnie „przeskipnąć” ten akapit, bo specjalnie niczego o czym by nie wiedzieli tutaj nie będzie, a reszta jak chce może zostać. Nie wiem czy wszystkich interesują leśne owoce więc na wszelki wypadek zaznaczam, że nie odpowiadam za wszelkie zaśnięcia, które spowodują poniższe słowa, ani za trwałe zmiany na mózgu. Za nie też nie odpowiadam. W ogóle umywał ręce niczym Poncjusz Piłat – raz na jakiś czas lubię jak są czyste. O Jezu, Jezu, ale ja chromolę nie na temat :) Już. Już się poprawiam. A więc chodziłem tak po tym jesiennym lesie i oprócz grzybów natykałem się na różne owocki, a wśród nich na czerwone pęczki borówek. Nie sposób było mi się oprzeć myśli, że przecież, gdy nadejdzie jesień miałem iść z Bubą (dawno nie używałem tego zdrobnienia, brzmi aż dziwnie) do lasu i pokazać jej w końcu te borówki, o których tyle kłótni razem odbyliśmy. No, ale jak to mówią: nic w przyrodzie nie ginie, a więc równowaga musi być zachowana. Nic więc dziwnego, że jeśli coś przychodzi, to naturalnym jest fakt, że coś musi odejść. No i tak to było w tym przypadku: nadeszła jesień, odeszła Buba. Choć w sumie innej kolejności. No, ale nie czas rozdzierać szat nad rozlanym mlekiem, tylko przeprowadzić wśród wszystkich pięciu czytelników tego bloga :) małej sondy. Bo wiecie, są na tym świecie tak barbarzyńskie ludy, które nie znają borówek!! Dla mnie było to maksymalnie dziwne i do dziś nie wyleczyłem się z traumy dotyczącej tego błahego tematu. No jak można nie znać borówek?? Co więcej! Owi ludzie (no a przynajmniej wyglądali na człekokształtnych :) ) znają nazwę „borówka”, ale używają jej w stosunku do jagody. He he. Ciężko to opisać wytłumaczalnie więc jeśli gdzieś coś pomąciłem bądź pomącę to musicie mi wybaczyć. Fakt jednak pozostaje faktem, że to co u mnie jest jagodą u nich jest borówką, a to co u mnie jest borówką, to… to oni w ogóle nie wiedzą co to za owoc. Do dziś nie wiem czy nie zbierają czegoś takiego w lasach, czy po prostu nie ma tam borówek, ale o tym ciężko mi się jest wypowiadać, bo nigdy nie dane mi było przeprowadzić wizji lokalnej w obecności mnie, borówki i osoby z „out there”. Tak czy siak miały już miejsce niejedne rozmowy na ten temat, padały naukowe określenia poparte zdjęciowym materiałem dowodowym i inne takie. Do rękoczynów nie doszło, ale wszystko wisiało na włosku. Ja jednak do tej pory nie mogę się nadziwić, że ktoś może nie znać borówki, a na jagodę mówić borówka właśnie. Przekona mnie ktoś dopiero wtedy, gdy kupi mi loda borówkowego. Do tej pory same jagodowe widziałem wszędzie, zrobione oczywiście z takich jagód jak Pan Bóg przykazał czyli z tych koloru fioletowego. No i nadal otwartą kwestią jest to, jakie owoce miała na myśli Maria Konopnicka pisząc „Na jagody” i czy jeśli miała na myśli oczywiste fioletowe owoce, to czy dla okolic, gdzie na jagody mówią borówki, drukowane były specjalne książki do polskiego z tym samym wierszem Konopnickiej, tyle że pod zmienionym tytułem: „Na borówki”. Bo jasnym jest, że wiersza pod tytułem „Na jagody” właściwie zinterpretować nie mogli :) A teraz pytanie: co Wy Drodzy Czytelnicy sądzicie o owym owocowym problemie? Dla ułatwienia podaję do Waszej wiadomości dwa linki obrazujące: a). jagodę: http://www.epacjent.pl/img/cjagoda.jpg ; b). borówkę: http://www.grzesiak.kei.pl/jurek/atlas/borowka.jpg

Druga rzecz o której chciałem napisać jest taka, że tak łażąc po lesie zwątpiłem zupełnie w Spidermana. Nie powiem, pierwsza część filmu Raimiego mi się podobała (dwójki nie widziałem) i nie miałem żadnych zastrzeżeń łykając wszystko jak na ekranizację komiksu przystało. No, ale nie sposób mi dalej oglądać tego filmu z takim pozytywnym nastawieniem teraz, gdy dokonałem w lesie pewnych spostrzeżeń. I nie wierzę już, że Człowiek-pająk może być superbohaterem! A dlaczego nie? Bo pająki są zwyczajnie głupie!! No, normalne być nie mogą! Weźcie i sobie wyobraźcie las. Macie? I co jest w takim lesie? No właśnie, drzewa. A duże są te drzewa? No duże, prawda, że duże? No. Powiedzcie mi więc dlaczego te durne pająki mając dziesięciometrowe drzewa do zagospodarowania, robią te swoje pajęczyny akurat na wysokości mojej twarzy?? No normalnie chyba w sześćset pajęczyn dzisiaj wlazłem i nawet nie chcę myśleć czy i do tej pory jakiś pająk nie łazi mi czasem po plecach. Tak czy siak nikt mi już nie wmówi, że Człowiek-pająk zdolny jest uratować cały świat!! Szczególnie, że przed ukąszeniem filmowy Peter Parker nie był specjalnie rozgarnięty.

I tyle. Jesienny las jest całkiem fajny, gdy jest ciepło, ale samotne spacery to nigdy nie będą tak samo fajne jak spacery w jakimś miłym towarzystwie. Szczególnie, że mieszkając na prowincji, nawet w lesie znajduje się miejsca, które budzą wspomnienia za osobami, których dawno już nie ma w moim życiu…

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.