„RAJD ŚMIERCI 2000” [„DEATH RACE 2000”]

Wyst.: David Carradine, Simone Griffeth, Sylvester Stallone, Mary Woronov
Reż.: Paul Bartel
Ocena: 3+(6)

Wariacja na temat niedalekiej przyszłości :) Tak, co prawda w tytule mamy rok 2000, ale nie należy zapominać, że to produkcja z roku 1975. Produkcja dodatkowo zrealizowana tanim kosztem pod producenckim patronatem Rogera Cormana.
Ameryka przyszłości ma nową podnietę – jest nią rajd samochodowy przez całe Stany, połączony z zabijaniem ludzi w celu zdobywania punktów. Dzieci siedemdziesiąt punktów, staruszkowie sto.. i tak dalej i tak dalej (wymieniłem tych najlepiej punktowanych). Do wyścigu staje pięć fikuśnych samochodzików o zabójczych kształtach, a za ich kierownicą siadają najlepsi kierowcy na świecie. Dwie kobiety i trzech mężczyzn, a wśród nich jedyny żyjący zwycięzca dwóch poprzednich edycji rajdu Frankenstein (Carradine) oraz jego nieodłączny przeciwnik Machine Gun Joe Viterbo (Stallone). Trasa całego wyścigu transmitowana jest na żywo przez telewizję, a w tej edycji o dodatkowe emocje zadba ruch oporu, który buntuje się przeciwko kultowi śmierci propagowanemu przez obecnego prezydenta.
Ten zabawny (oczywiście dla kogoś, kto akceptuje czarny humor), potraktowany z przymrużeniem oka filmik, opierający się na dobrym pomyśle nie przynosi zawodu widzowi, który jednak musi być przygotowany na to, że film ten jest z gatunku niskobudżetowych i nie należy stawiać przed nim wielkich wymagań. Wybija się on jednak z powodzi innych niskobudżetowych przedsięwzięć tym, że jest mimo wszystko dość oryginalny i raczej trudno znaleźć drugi film oparty na tej samej koncepcji. Sporo tu czarnego humoru, a że krew czasem sika spod kół samochodów to nic strasznego, bo ujęć takich dużo nie ma, a jeśli są to łatwo je przeoczyć mrugając. Dodatkową frajdą jest możliwość pooglądania Sly’a na początku jego filmowej kariery. Zagrał okropnie, ale co tam :) Zresztą trudno tu szukać wybitnych kreacji aktorskich. Lepiej popatrzeć sobie na nierzadko prezentowane wdzieki startujących w wyścigu pań. Ocena byłaby wyższa, ale mimo swoich zalet, pomysł na którym się opiera ma też swoje wady. Po prostu to trochę za mało jak na film pełnometrażowy i w efekcie w połowie seansu zaczyna nudzić.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.