„OBIETNICA” [„THE PLEDGE”]

Wyst.: Jack Nicholson, Aaron Eckhart, Robin Wright-Penn, Vanessa Redgrave, Helen Mirren, Benicio Del Toro, Mickey Rourke
Reż.: Sean Penn
Ocena: 4(6)

Detektyw Jerry Black (Jack Nicholson) odchodzi na zasłużoną emeryturę. Kumple z wydziału organizują mu pożegnalne przyjęcie i gdy wszyscy dobrze się bawią dociera do nich informacja o morderstwie popełnionym w małej miejscowości gdzieś tam. Zamordowano i zgwałcono ośmioletnią dziewczynkę. Jerry, któremu pozostało jeszcze sześć godzin do emerytury wraz z detektywem Stanem (Aaron Eckhart) jadą na miejsce zbrodni. Tam okazuje się, że dziewczynka zamordowana została przez podcięcie jej gardła, a także, że jest świadek, który widział jak z miejsca zbrodni ucieka w popłochu Indianin. Pozostaje jeszcze jeden kłopot – trzeba zawiadomić rodzinę dziewczynki. Z tą delikatną misją wyrusza Jerry. Matka dziewczynki poinformowana o strasznej wiadomości błaga Jerry’ego żeby schwytał mordercę jej dziecka wymuszając na nim (Jerrym :) ) przysięgę na zbawienie jego duszy (z deka to niedorzeczne, ale kogóż to obchodzi). Tymczasem ww. Indianin zostaje schwytany i przyznaje się do morderstwa. Jerry ma jednak przeczucie, że to nie on jest zabójcą.
Czytałem kiedyś o czym jest ten film, ale nie skojarzyłem wtedy dokładnie wszystkich faktów. Rozjaśniać w głowie zaczęło mi się jednak już wtedy, gdy w napisach początkowych zobaczyłem, że powstał na podstawie powieści Friedericha Durrenmatta. A już całkiem mi się rozjasniło po kilku minutach seansu – otóż doznałem olśnienia, że jest on nową wersją jednego z moich ulubionych filmów „W chłodnym świetle dnia” z Richardem E. Grantem (zresztą i ten jest remakiem filmu niemieckiego). Dość wierną zresztą. Choć nie do końca. No, ale po kolei. Wszystko w „Obietnicy” jest w porządku. Dobra i wciągająca historia, dobre aktorstwo, świetny klimat (taki trochę „milczenioowieczny” rzekłbym – zresztą jest tu też Francis Dollarhyde :) ) i co tam jeszcze składa się na dobry film. No ja zaskoczenia nie miałem, bo znam dobrze jego pierwowzór (który nomen omen obejrzałem chwilę potem, ale opisywał go nie będę, bo jest dokładnie o tym samym, a moja jego ocena 6(6) mówi wszystko), ale nie przeszkadzało mi to – w końcu zawsze to miło popatrzeć na Jacka Nicholsona. I gdy już miałem go maksymalnie ocenić coś w opowiadanej historii zaczęło się niebezpiecznie zmieniać prowadząc do idiotycznego jak dla mnie zakończenia. No i ocena wobec tego drastycznie spadła. Jest całkiem możliwe, że komuś, kto nie zna ani poprzednich filmów, ani książkowego odpowiednika, którego zresztą ja sam nie znam, spodoba się to jako całość, ale mnie wręcz przeciwnie. Nie wiem po co zmieniać coś co jest maksymalnie dobre szczególnie, że większość filmu w niczym się nie rózni, a dodatkowo jest lepiej zagrany i perfekcyjniej nakręcony. Znajduję tylko jedno rozwiązanie – mając Jacka Nicholsona reżyser postanowil pewnie skorzystać z jego umiejętności aktorskich i bardziej skupił się na opowiadniu historii pod jego kątem, a nie pod kątem samej historii.
Fajny Benicio Del Toro (poznałem go dopiero po dłuższej chwili). Jak chce to potrafi.

***

Parę dni później dowiedziałem się, że zakończenie tej ekranizacji jest najbliższe książkowej wersji i że się nie znam, bo nie jest do kitu :) Ale o szczegóły trzeba zapytać niejakiego ALa (pozdrawiam)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.