Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

[„MAN ON FIRE”]

John Creese (Denzel Washington) były komandos czy w każdym bądź razie siakiś
inny wojskowy wyjeżdża w odwiedziny do swojego przyjaciela (Christopher
Walken) mieszkającego w Meksyku. Creese od kilku lat ma na bakier z życiem,
a wszystko to dzięki jego rosnącego uczucia do opróżniania butelek z
alkoholem. Przyjaciel nie zważając na te kłopoty proponuje mu pracę
ochroniarza pewnej w miarę bogatej meksykańskiej rodziny. Praca ma być łatwa
i przyjemna i nawet nie musi się do niej przykładać, bo zatrudniony zostanie
tylko po to żeby chroniona rodzina mogła przedłużyc jakieś tam
ubezpieczenie, a potem zwolnić pana ochroniarza. Creese przyjmuje pracę.
Czas mija, a miłość do butelki stopniowo gaśnie przytłumiona nowym uczuciem
do młodziutkiej dziewczynki (film nie jest o pedofilli, tak mi się tylko
napisało : ), którą dostał w chronionym pakiecie. Nic więc dziwnego, że gdy
dziewczynka zostaje porwana Creese z deka się wqrvia.

Na Tonym Scott’ie podobnie jak i na Antoine’ie Fuqua (kruca! jak odmienić
poprawnie te nazwiska!) zawsze mogę polegać, a on odwzajemnia to dobrymi
filmami. Czasem trafi się jakiś bzdet w stylu „Karmazynowego przypływu”, ale
jak to mówią wyjątek potwierdza regułę. Dlatego też nie miałem specjalnego
stracha przed seansem „Man on Fire”. Szczególnie, że zagrał w nim Denzel
Washington, który ma nosa do dobrych filmów („Johna Q” mu litościwie
wybaczam, każdy czasem błądzi). No, a biorąc pod uwagę, że duet
Fuqua/Washington wypalił to mogłem się spodziewać, że i duet
Scott/Washington wypali. No i wypalił choć nie tak dobrze jak to się udało w
przypadku „Dnia próby”. Mimo tego MoF oglądało się bardzo fajnie i nie
nudził, choć też przekroczył granicę dwóch godzin.

MoF to historia w starym, prostym stylu, choć opowiedziana w sposób za
bardzo nowoczesny. Ten cały szybki montaż i inne takie trochę drażniły moje
oko i uznałem je za zupełnie niepotrzebne. No, ale skoro Scott koniecznie
chciał pokazać, że jest cool i na czasie to niech mu tam będzie. Drobne
grzechy się wybacza, gdy całość jest OK. Udało mu się bowiem nie zarżnąć
prostej historii i nie zagmatwać jej w sposób niewytłumaczalny. Może miał
łatwiej, bo MoF to ekranizacja powieści, a może po prostu samo wyszło tak
jak wyszło czyli dobrze. Na upartego można by się czepiać sensu i logiki
jednego wydarzenia (a jak się przyczepić to potem rusza cała lawina „a co by
było gdyby” więc lepiej przymknąc na to oko) no i końcówka jest z deka dla
mnie niezrozumiała, ale można przeżyć. Przeżyc i z przyjemnością obejrzeć
ten sprawnie nakręcony film.

Jak się komuś podobało „Miasto zbrodni” na TVNie to i mu się MoF spodoba :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.