[„LAST HOUSE ON THE LEFT, THE”]

Wyst.: Sandra Cassell, Lucy Grantham, David Hess, Fred J. Lincoln, Jeramie Rain
Reż.: Wes Craven
Ocena: 5(6)

Mari w dzień swoich siedemnastych urodzin postanawia wybrać się do miasta na koncert kapeli Bloodlust. Nie wybiera się tam sama – w eskapadzie ma jej towarzyszyć znajoma z sąsiedztwa Phyllis. Rodzice Mari nie są zbytnio zadowoleni z tego, że nie będzie jej przez pół nocy, ale dają się przekonać w sumie bez większych problemów. Dziewczyny wyruszają w podróż samochodem mając w planach spotkać przed koncertem jakiegoś dilera i kupić sobie trochę trawki. Jak postanawiają tak robią. Pierwszy zagadnięty na ulicy młody czlowiek po chwili wahania twierdzi, że ma do sprzedania jedną działkę – muszą iść tylko do jego mieszkania. Dziewczyny nieświadome zagrożenia zgadzają się i idą we wskazanym kierunku. Na miejscu czeka je niespodzianka. Zagadnięty młody człowiek okazuje się synem zbiegłego z więzienia Kruga Stillo, skazanego za potrójne morderstwo. W ucieczce oprócz syna towarzyszą mu młoda dziewczyna Sadie, oraz kumpel spod celi – Weasel, skazany za molestowanie nieletnich i napady z bronią w ręku.
„The Last House on the Left” to debiut reżyserski Wesa Cravena nawiązujący do rok wcześniejszych „Nędznych psów” Sama Peckinpaha. Debiut moim zdaniem, choć brutalny, mocny i okrutny bardzo udany. A może nawet więcej niż bardzo – spokojnie dałbym mu 6(6) gdyby nie jedna, niewytłumaczalna wpadka, która psuje seans. Wpadka tak zauważalna, że właściwie trudno sobie wyobrazić żeby została przeoczona przez twórców, a co za tym idzie powinna mieć jakieś logiczne wytłumaczenie. No, ale ja takiego nie znajduję. No może poza jednym (teraz bedę się skarżył). Do szału doprowadzają mnie te wszystkie cięcia dokonywane przez cenzurę. W spokoju sobie nie można obejrzeć filmu bez zastanawiania się czy ogląda się wersję pełną czy nie. W tym przypadku opadły mi ręce, bo z tego co wiem wersja, którą oglądałem była aż o dwanaście minut krótsza. Nie dość, że niektórych filmów nie sposób znaleźć w naszym pięknym kraju, to jeszcze na potencjalnego widza czekają takie niespodzianki. Tak więc ta wpadka o której wspomniałem wcześniej całkiem mozliwe, że znalazła się w filmie z powodu wycięcia jakiejś sceny. No, ale to tylko gdybanie.
Film, mimo, że aż tak pocięty wciąż wart jest obejrzenia. Z nowszych filmów bez zmrużenia oka porównałbym go do „Funny Games”. A o tym, ze to kawał kina jakiego dziś próżno szukać (wyjątki potwierdzają regułę) to nie będę pisał, bo to już nudne. No i wspomnę jeszcze o jego największej słabości czyli o aktorach – 80% obsady (przeglądałem w IMDB offline) nie zagrała już w żadnym innym filmie, a niektórzy wzbogacili swoim aktorskim i reżyserskim talentem filmy porno.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.