K***A, JAK KONIE!!

Tytuł zaczerpnięty jest z pewnego dowcipu, a odnosi się do tego co obecnie możemy oglądać w telewizorze. Od ponad godziny pokazują olimpijski turniej wszechstronnego coś tam konia wierzchowego. Jeżdżą na tych konikach w te i we wte i… jaaakieee to jest nudne! Nie wiem czy ktoś to ogląda, ja na pewno nie. No, ale kto by wygrał z telewizją, pokazują co chcą i jeszcze się chwalą, że siedemnaście godzin transmisji dziennie! No i? Pepiki nadają 24/24 i do tego wszystko na jednym programie. A u nas? Szkoda gadać. Co?!?! Nie znacie tego dowcipu? Hmm, no ja też dokładnie nie pamiętam, no ale spróbuję opowiedzieć. Chcecie bajki oto bajka:

Przez las biegnie sobie jeż. Tupta swoimi małymi nóżkami i gna przed siebie nie patrząc na nic. Nagle zza drzew dołączają do niego inne jeże. Jeden, dwa, cztery, osiem… Wszystkie biegną obok siebie. Odgłos tuptania jest coraz bardziej głośny, a jeży przybywa z każdą minutą. Zbiegają się z każdego kąta lasu i dołączają do biegnących. I nic tylko biegną, tuptają, biegną, tuptają, biegną, tuptają. Jeży z każdą chwilą jest coraz więcej. To już setki biegną przed siebie nie zatrzymując się ani na chwilę. I z każdą sekundą jest coraz głośniej od tych ich tuptania. Nagle wybiegają z lasu i wbiegają na taką dużą polanę. Są już na niej wszystkie, gdy nagle zatrzymują się. Pierwszy jeż biegnący na samym początku odwraca się za siebie, patrzy na resztę rozmarzonym wzrokiem i mówi: Kurwa! Jak konie!!

Było choć trochę śmieszne? Bo jak nie to pragnę poinformować, ze to nie wina dowcipu tylko opowiadającego go :)

Jak widać na załączonym obrazu z wesela wróciłem cały i zdrowy. Nikt mi po ryju nie dał, ani nic więc wypad można uznać za udany :) Może opowiem co i jak. Namówiłem ojca żeby mnie zawiózł i przywiózł więc nie musiałem się martwić o pociągi i inne bzdety. Wszak wesele było w Czechowicach, a to spory kawałek od Ogrodzieńca jest. Wyjechaliśmy około 11:30 i to nie okazało się najmądrzejszą decyzją, bo z Moniką byłem umówiony na dworcu PKP w Katowicach o godzinie 12:30. Niby godzina to aż za dużo czasu żeby dojechać do Katowic, ale oczywiście po drodze były objazdy, roboty drogowe, no i oczywiście jako taki ruch. No, ale dużo się nie spóźniliśmy. W tym momencie chcę powiedzieć, że to nie tak, że ja nie jestem romantyczny i każę dziewczynie czekać na dworcu :) Sama chciała. A ja się nie kłóciłem, bo i tak byłem drugim z kolei kumplem, którego prosiła na to wesele. Pierwszemu się nie chciało to mnie spytała :) W tak zaistniałej sytuacji nie przesadzałem z romantyzmem :)) Tak czy siak zgarnęliśmy ją z okolic dworca, potem wzięliśmy jeszcze dwójkę znajomych i pognaliśmy do Czechowic. Ślub był zaplanowany na 14:00, a my byliśmy na miejscu już o 13:20. Na ślubie było fajowo. Biedna Ela (panna młoda) przejęzyczyła się i powiedziała nową wersję przysięgi małżeńskiej: „ślubuję, że nie dopuszczę cię aż do śmierci”, a mnei z kolei jakoś dziwnie było patrzeć na pana młodego – przed ślubem widziałem jego niemal nagie fotki z wieczoru panieńskiego :) Jeszcze jednym zaskoczeniem jak dla mnie był sposób egzekwowania ofiary. W pewnym momencie ludzie wstali i zaczęli iść w stronę ołtarza. Hmm, wstałem i ja nie wiedząc po co tam idę w ogóle. Dopiero mnie Monika uświadomiła, że gdzies tam jest koszyk do którego się wrzuca pieniążek. W związku z czym przechodziło się za ołtarzem… całkiem fajnie i dziwnie. No, ale co począć jak ich nie stać na kościelnego :)

Koło 15ej byliśmy już w remizie i zaczęło się przyjęcie. Na przyjęciu jak na przyjęciu. Pohopsałem sobie jak mi to tutaj radzono, wypiłem co było do wypicia (nie nadążali z donoszeniem butelek :) w związku z czym czasem przenosiliśmy się na piwo do pobliskiej knajpy; a w ogóle to za bardzo nie było z kim pić, niewiele osób trzymało fason, a przeważnie były to dziewczyny! w każdym bądź razie ja oczywiście najwięcej wypiłem jak zawsze, ale pamiętam wszystko! Ha! :) ), zjadłem co było do zjedzenia. No i już była piąta rano i trzeba się było zbierać. W sumie trochę mi przykro było, bo w pewnym momencie i tak to już do końca trwało, poczułem się właśnie jak ten ‚numer 2″ którym byłem :) ale to przecież niczyja wina, że ja mam narąbane w głowie i jest mi przykro z takich powodów. Trochę się dziwnie do tej pory czuję, bo nie przeczę, że Monikę bardzo lubię… No, ale co sobie z Nią potańczyłem to moje. Ona zresztą i tak wyjechała dzisiaj do Niemiec więc było minęło :) Zobaczymy się znowu w szkole i znowu będziemy normalnymi kumplami… Kurwa, ja naprawdę jestem dziwny. Nie lubię tego u siebie ;))) No w każdym bądź razie o piątej wyjechaliśmy z powrotem, około szóstej pozegnałem się z Moniką, a o siódmej byłem w domu. I tyle. Na następne wesele pójdę pewnie ze sto następnych lat 😉

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.