„28 DNI PÓŹNIEJ” [„28 DAYS LATER”]

Wyst. Cillian Murphy, Naomie Harris, Brendan Gleeson, Christopher Eccleston
Reż.: Danny Boyle
Ocena: 4(6)

Do instytutu zajmującego się badaniami nad zwierzętami włamuje się grupka miłośników ochrony przyrody, której celem jest uwolnienie małp przetrzymywanych w klatkach i służących do genetycznych na nich eksperymentów. Nie zważając na okrzyki strażnika, który przypadkiem nakrył ich na gorącym uczynku, otwierają klatki. W ułamku sekundy na jedną z uwalniających małpy kobiet rzuca się uwalniany sierściuch. Jeszcze parę ułamków sekundy później nieszczęsna kobieta zaczyna pluć krwią na swoich towarzyszy, a jej oczy nabierają diabelskich kształtów. Ki diabeł? Dwadzieścia osiem dni później na oddziale jednego z londyńskich szpitali (bo akcja filmu dzieje się w Wielkiej Brytanii) budzi się młody, podłączony do kroplówek chłopak z wygoloną połową głowy. W szpitalu panuje kompletna cisza. Chłopak sam odłącza się od kroplówek i wychodzi na korytarz. A na korytarzu taka sama cisza i spokój. Ki diabeł?
Proszę bardzo. Brytyjczycy pozazdrościli najwyraźniej niezbyt lubianym przez nich sąsiadom zza kanału La Manche (tak się to pisze?), którzy postanowili (z marnym skutkiem moim zdaniem) zdominować filmowy rynek lekkich komedyjek sensacyjnych i również zapragnęli spróbować się z jakimś filmowym gatunkiem. Padło na horror (bardziej widowiskowy od horroru, który ostatnimi czasy serwują nam Japończycy). Najpierw wilkołaki („Dog Soldiers”), a teraz żywe trupy (kolejności nie jestem pewien). I szczerze powiedziawszy całkiem nieźle im to wychodzi – nie mam nic przeciwko kontynuowaniu tego „procederu” (tradycje wytwórni Hammer zobowiązują w końcu).
Za cyfrową kamerą stanął Danny Boyle, który po klęsce jego hollywoodzkiej przygody („A Life Less Ordinary”, „The Beach” – buueeeee), wrócił na wyspy, na szczęście opamiętał się i znów zaserwował nam porządne danie. Nie tak porządne jak wcześniejszy „Płytki grób” czy „Trainspotting”, ale też obrany gatunek filmowy nie pozwolił mu na zbytnie rozwinięcie skrzydeł, a tymbardziej na wyrwanie się spod niewoli schematu. I ten właśnie schemat powoduje, że po bardzo udanym początku (efektownie pokazany Londyn) potem film zaczyna troszkę przynudzać szczególnie, że postanowiono mimo wszystko oszczędzać na krwi i krwawych efektach, które stanowiły dodatkową atrakcję filmów o żywych trupach George’a Romero.
No, ale biorąc wszystkie za i przeciw nie przynudza aż tak żeby wyłączyć telewizor. Po chwilowej apatii potem można już sobie go oglądać z przyjemnością, jeśli oczywiście lubi się taki rodzaj kina i nie szuka na siłę dziur w całym. Szczególnie, że wizualnie zrobiony jest z dużą klasą i wyczuciem.
Duży plus za pozbawienie głównych bohaterów skrupułów :) Nikt tu nie patyczkuje się z zarażonymi ludźmi i brak tu sentymentów w postaci „nie martw się chłopie, znajdziemy lekarstwo i cię wyleczymy”. Zamiast tego pękają czaszki pod uderzeniami bejsbolowego kija.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.